Powitanie Wiosny marzec 2026 – relacja

I mamy wiosnę! Pamiętacie, zapraszałam na Powitanie wiosny w 7. Lesie – nasze warsztaty w równonoc.
Wszystkie warsztaty w 7. Lesie (z definicji) udane, bo to przestrzeń z dobrą energią, ale za każdym pobytem jest zupełnie inaczej, gdyż to grupa tworzy atmosferę – czasem jest rozgadanie i radośnie, z wybuchającym raz po raz śmiechem w zupełnie nieprzewidywalnych momentach, a innym razem bardziej
skupiona, indywidualna praca z każdym z uczestników. Bo każdej i każdemu z nas potrzebne jest co innego – jednej osobie rozluźnienie i otwarcie barków, innej zrozumienie o co chodzi w medytacji, a jeszcze innej po prostu wyrwanie się z pracowo-domowego kołowrotka, rozmowy z przyjaciółką i oparcie wzroku w przestrzeni pól, lasów i wąwozów. Przestrzeni wietrzącej głowę.

Tak było i tym razem – było nas mniej niż zwykle, ale było zarazem bardzo intensywnie. Znowu, jak rok temu, mieliśmy wśród nas kilkumiesięcznego malucha z mamą i tatą do opieki – tym razem nie Gabryś, który w międzyczasie urósł i przyjazd z nim byłby dużo bardziej skomplikowany, a Balbinka! Te dzieci dodają uroku wyjazdom i jednocześnie zmuszają do głębszej refleksji nad ludzką kondycją i zastanowienia, w którym miejscu naszej drogi jesteśmy.

Gdy po przyjeździe weszłam do sali warsztatowej, ogarnęła mnie cicha radość i spokój – jest piękna o każdej porze roku. A gdy stanęłam na głowie, sala odkryła jeszcze inną swoją perspektywę – jakoś dużo w niej było sufitu, na który do tej pory nie zwracałam uwagi.

Warsztaty joga 7. las

Najradośniej jest w niej w czasie Powitań Słońca, gdy promienie słoneczne zalewają ją porannym blaskiem. A o zachodzie widok przez okna na oświetlony pomarańczowo najwyżej położony dom Siódmego Lasu i krajobraz wokół wzbudza lekką nostalgię za odchodzącym dniem.

W zeszłym roku bardzo solennie topiliśmy marzannę – kukła była właściwie zbyt piękna jak na coś, czego chcemy się pozbyć, rzeczka trochę za płytka i już wyrzucona marzanna, płynąc, co i rusz zahaczała w niej o jakieś wystające badyle, dopóki nie zniknęła za zakolem Bystrej. Zeszłoroczna procesja z marzanną wygląda na zdjęciach całkiem kościelnie, choć była bardzo roześmiana. W tym roku poszliśmy do starego młyna tylko z małymi kolorowymi karteczkami z wypisanym tym, czego się chcemy pozbyć i właśnie pozbywamy, ale spacer był równie udany.

Jak zwykle pyszne było jedzenie – nawet osoby, które tym razem przyjechały z mocnym postanowieniem jedzenia mniejszych porcji, nie mogły się oprzeć. Tylko Asia dzielnie wstrzymała się przed zjedzeniem jednej kolacji (ale to dlatego, że była już całkiem przejedzona).

Warto sobie podarować taki czas wietrzenia głowy i odpoczynku w działaniu.
Taki czas co jakiś czas.

Ewa Biała